Afrykamera 2011, cz. 2: Miasteczko zwane Descent, Kuduro - wojny uliczne
Drugi dzień festiwalu wprowadza do kina afrykańską wersję przemocy. I to tym razem nie chodzi o wojny plemienne, ale o doskonale znaną na całym świecie gangsterkę...
Miasteczko zwane Descent - RPA na równi pochyłej?
Od pierwszych scen miałem wrażenie, że konwencja w jakiś sposób nawiązuje do Tarantino. Jest charakterystycznie przerysowany, odrobinę zdystansowany i jaskrawy. Przemoc tych "złych-dobrych" jest wręcz wyczekiwana. Ale to na pewno nie jest Tarantino. Komiksowa stylistyka jest tylko ulotnie obecna, zdecydowana większość to raczej klasyczny kryminał. Organizatorzy festiwalu powołują się na stylistykę "neo-noir" - przyznam, że wyczekiwałem jej z nadzieją. W jakiś sposób faktycznie przywołany jest noir - jazzujące udźwiękowienie, trzech eleganckich mścicieli, śledztwo w klasycznym, dedukcyjnym trybie... i to by było na tyle. W którymś momencie opowieść wyrywa się z karbów i mocno mętnieje, żeby potem zakończyć się w przewidywalnym-absurdalnym stylu. Ten film przywołuje mnóstwo skojarzeń. Pierwsze już padło - faceci w garniturach i ciemnych okularach ucinający sobie pogawędkę w aucie przywodzi na myśl Pulp Fiction, cała historia włącznie ze swoim dusznym klimatem - Traffic, jakość montażu i dramatycznie obniżające napięcie nierówno zagrane sceny - Chłopaki nie płaczą, poruszenie tematu ksenofobicznych napięć i apartheidu - Hotel Rwanda i w końcu postać jednego z agentów, byłego żołnierza, ewidentnie Afrykanera - Krwawy Diament.
Czego dowiadujemy się o Afryce - że w RPA dzieje się nie najlepiej. Nawet w przyzwoitym miasteczku, choć na końcu świata, zamiast sielskiej-wiejskiej egzystencji, społecznością wstrząsają fale narodowościowej agresji. Nad wszystkim czuwa skorumpowana władza, szef policji współpracuje z radnym-gangsterem, a za sznurki pociąga Tajemniczy Generał - wojskowy renegat-ludobójca. Jedynym człowiekiem, który zachował moralna odwagę, żeby się przeciwstawić panoszącemu złu jest ksiądz, pozostali albo zginęli, albo leżą w szpitalu, lub po prostu milczą. Na wezwanie księdza do miasteczka wysłani zostają agenci Scorpions - zgodnie z opisem dystrybutora -
elitarny międzyresortowy wydział powołany w 2001 roku do walki z korupcją i z przestępczością zorganizowaną. Agencja, licząca zaledwie kilkuset ludzi, stanowiła absolutną elitę intelektualną służb policyjnych w RPA oraz uważana była za jedną z najbardziej profesjonalnych tego typu instytucji na świecie.Początkowo wszystko idzie gładko - podejrzani namierzeni, ofiary postanawiają podnieść głowę, ale potem wszystko się zaczyna sypać. Agenci okazują się mieć swoje problemy, do tego agencja zostaje rozwiązana w związku ze zmianami u sterów władzy... mafia natomiast nie próżnuje.
Wyraz tego filmu jest ponury. Ale wykonanie, szczególnie zdjęcia - bardzo przekonujące. Przepis na bimber - z mleka, mąki, drożdży i kwasu akumulatorowego - odpychający.

Kuduro - wojny uliczne
Tym nas organizatorzy poczęstowali na wieczornym seansie. Po elitarnych jednostkach policji z RPA nagle gangi z Angoli. Uliczne gangi. Gangi hip-hopowe. A, przepraszam, to nie hip-hop, to "ku-duro". Kuduro ponoć po portugalsku znaczy "twarda dupa". Na pewno trzeba taką mieć, by na tym filmie wysiedzieć. Realizacja, montaż, zdjęcia, scenariusz, muzyka, dialogi, reżyseria... Nie ma czego pochwalić. Produkcja pokroju naszego rodzimego Bułgarskiego pościkku Zespołu Filmowego Skurcz - kto nie zna, temu wyjaśnię: amatorski wygłup, żenująca parodia, kinowe disco-polo. Jeśli to najlepszy film ubiegłego roku w Angoli, to tym razem "Duma Afryki" zupełnie dla mnie nie zrozumiała. Oczywiście dopuszczam możliwość, że po prostu nie zrozumiałem afrykańskiego poczucia humoru - co by potwierdzały salwy śmiechu na sali, które co pewien czas mnie budziły. Kiedy opuszczałem salę dyrektor festiwalu zapytał, czy reżyserowi film wyrwał się spod kontroli... mam nadzieję, że tak.
Najlepszy kadr filmu, który zapewnił mu u mnie 2 zamiast 1 punktu:
--
Po napisaniu tej notki, przypominając sobie traumę z kina postanowiłem w kontekście Kuduro podnieść ocenę Miasteczku Descent o jeden punkt.
Pstepien
Dzięki za recenzję, ale:
Oczywiście można być dobitniej zrobić neo-noir jak np. Sin City czy Droga do zatracenia, a tu mamy do czynienia z bardziej subtelną odmianą. Mamy jednak "charakterystyczną, mroczną atmosferę, niepokojącą tajemnice i specyficzne, negatywne postacie" (cytat za wikipedia). Na marginesie porównanie filmu do czegoś Tarantino też jest ciekawe, bo zarówno "Reservoir Dogs" jak i "Pulp Fiction" uchodzą za przykłady filmów neo-noir.
pzdr
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook