Skyline - czyli o tym, jak w obliczu inwazji kosmitów nie warto tracić czasu na logikę.
Artykuł zawiera spoilery!
Dopiero po obejrzeniu filmu zwrócił moją uwagę zachęcający opis dystrybutora: "Najnowszy film braci Strause – współtwórców efektów specjalnych do „Avatara”, „Titanica” i „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. I trzeba to wyraźnie powiedzieć, że już z tego zdania powinniśmy wnioskować o filmie: skoro macherzy od efektów specjalnych z tak różnych produkcji biorą się za reżyserkę, to raczej nie po to, by tworzyć dzieło na miarę klasyki egzystencjalnej SF, ale po to by swobodnie, bez narzuconej przez kogokolwiek logiki fabularnej pobawić się efektami specjalnymi. Czyli im więcej, tym lepiej. I trzeba tez przyznać, że różnorodnych kosmitów jest tam sporo, a efekty są nie najgorsze.
Czytając opis tego filmu, dowiedziawszy się, że głównym motywem będzie tajemnicze światło powodujące, że ludzie tracą kontrolę nad sobą, skojarzyłem to (jednak niesłusznie) z dwoma pozycjami. Dzień Tryfidów i Miasto Ślepców również traktują o pewnych wydarzeniach związanych ze zjawiskami, powiedzmy, optycznymi. Tamtych filmów co prawda nie widziałem, czytałem natomiast książki. W obu przypadkach zupełnie inaczej potraktowano temat. Można bowiem przeprowadzić psychologiczną analizę zachowań ludzkich w obliczu takiej katastrofy jak masowa utrata wzroku tworząc z tego mozaikę ludzkich typów będących metaforą społeczeństwa w ogóle (Miasto Ślepców), można też podejść do tematu bardziej przygodowo i zaserwować sensacyjną opowieść o bohaterach stawiających czoła rzeczywistości, walcząc o przetrwanie w trakcie przerażającej inwazji monstrów w post-katastroficznej scenerii, wśród ludzi, którzy masowo utracili wzrok, gdzie w napięciu trzymać nas będzie niepewność jak postąpią bohaterowie (Dzień Tryfidów). Można przy tym błysnąć stylem, pomysłowością fabularną, zręcznym przeplataniem fantastyki z wątkami romantycznymi, psychologicznymi, sensacyjnymi... Można. Skyline natomiast błyszczy jedynie efektami specjalnymi. Kto widział film, wie również, że wiodący motyw światła staje się bardzo szybko wątkiem całkowicie pobocznym...
Mam pewną słabość do filmów, które zostały okrzyknięte "najgorszym filmem ever". Podchodzę do nich jak do odtrąconego na placu zabaw dziecka, mam ochotę pogłaskać po główce i uważnie wysłuchać co się stało. Tak samo potraktowałem Skyline. I muszę powiedzieć, że pierwsza scena mnie nie zawiodła. Dziewczyna budzi się rano, widać, że była ciężka impreza, biegnie do kibla się porzygać... No dla mnie super - od razu wprawiony w dobry nastrój. I właściwie ten dobry nastrój już mi się utrzymał, bo - pomijając przydługi prolog - humorystyczne elementy przewijają się już do końca, a zakończenie... No niemal się nie nabawiłem skrętu kiszek ze śmiechu.
Zaraz na początku dowiadujemy się co się zaraz stanie - niebieskie światło, ludzie się gapią, zmieniają kolor, a potem znikają. To pokazali nam, żebyśmy nie przełączali kanałów, bo potem następuje długaśna sekwencja scen wręcz obyczajowych - jeden młodzian przyjeżdża do drugiego młodziana w odwiedziny. Zrobili jakiś intratny biznes razem i teraz jeden przekonuje drugiego, by nadal razem pracowali w L.A. (czyt: el-ej). Dziewczyna jednego jest w ciąży i jest zaniepokojona, przy czym na imprezie jaka następuje dzieją się jakieś nieobyczajne sceny - ktoś całuje się z kimś, z kim nie powinien itd. Na szczęście ten wątek zostaje później z filmu wycięty (zainteresowani mogą sobie to do-oglądać w dodatkach na DVD). A potem już nie zwlekając, to wszystko okazuje się zupełnie poboczne, bo atakują kosmici...
Razem z nalotem kosmitów następuje exodus logiki. Bohaterowie tracą głowę, co nas nie powinno dziwić w obliczu takiej katastrofy. Powtarzają sobie w kółko, że "to się dzieje na prawdę!", chcąc odegnać od siebie wszelkie zarzewia refleksji. Widzimy serię scen udowadniających nam jak bardzo działają bezmyślnie i jacy są zestresowani. Poruszają się jak zombie, maleńkimi kroczkami, rozglądając się w przerażeniu na wszystkie strony, jakby zaraz mogło ich coś z zaskoczenia napaść. Nie wiemy tylko co mogłoby ich jeszcze nowego napaść, bo olbrzymie potwory latają w koło i wcale nie trzeba ich szukać, ani się za mini rozglądać - są wszędzie. Nawiasem mówiąc to dość silna strona filmu - kosmici nie dają złudzeń - są wszędzie i nie warto się specjalnie ukrywać, z zaskoczenia wziąć się nie dadzą - widzą wszystko i zabijają wszystko. Bohaterowie wprawdzie podejmują różnorodne działania mające na celu ucieczkę, przetrwanie, ale bezskutecznie. Przyznam, że jak dotąd nie widziałem hollywoodzkiej produkcji, w której wszyscy bohaterowie giną przed końcem filmu, albo w ogóle giną. Dlatego jak zobaczyłem scenę, że dwójka głównych bohaterów zostaje w końcu zassana przez kosmitę-giganta, byłem pełen podziwu dla innowacji. A jak się okazało do tego, że nie zginęli jednak w miłosnym uścisku... No cóż zjedzenie głównego bohatera przez kosmitę, a potem przemiana kosmity w głównego bohatera, żeby w tym porażającym momencie przerwać film - no na prawdę byłem wstrząśnięty. Wstrząsał mną chichot i podziw.
Na uwagę zasługuje też plejada gwiazd... drugoplanowych gwiazd serialowych:
Jarred grany przez Erica Balfour'a znanego widowni z mało znaczącej roli w doskonałym, z resztą, serialu "Sześć stóp pod ziemią".

Inny bohater grany jest przez Donalda Faison'a znanego nam z serialu Scrubs:

W końcu drugoplanowy bohater jest grany przez Davida Zayas'a, czyli miłego Angela z serialu Dexter:

Postaci kobiecych nie rozpoznałem i z niczym mi się nie kojarzą.
Efekty specjalne godne uwagi. Kosmici co chwilę pojawiają się nowi, raz przypominają statki kosmiczne, raz goryle, innym razem meduzy, Godzillę albo, wybaczcie skojarzenie, monster-waginę. Mają dziesiątki sposobów na uśmiercanie-zjadanie ludzi: hipnoza światełkiem, zdeptanie, zgniecenie, zniknięcie, zassanie, urwanie głowy, chlaśnięcie monster-językiem etc. Nie giną od broni nuklearnej, ale dają się zatłuc pustakiem. Są jednak niepokonani, bo zapewne nie ma odpowiedniej wielkości pustaka....
Kontynuując tę bezlitośnie długą recenzję, chciałem opowiedzieć (bo zapewne nikt czytający ten tekst nie zobaczy Skyline) moją osobiście ulubioną scenę (oprócz tej z zakończenia). Zdeterminowany boy hotelowy, który przez cały czas miał obsesję, żeby objąć dowództwo naszej grupki bohaterów, pozostawiony przez pozostałych sam, postanawia dokonać bohaterskiego czynu. Widząc bezskuteczność wszelkich ataków Marines, z atakiem nuklearnym włącznie (obserwowany przez teleskop znajdujący się w każdym pokoju hotelowym), widzi tylko jedną drogę. Odkręca gaz w kuchence w pokoju hotelowym, odczekuje parę chwil kusząc swoją miną potwornego kosmitę, a kiedy ten roztrzaskuje wszystkie okna w pokoju, podpala sobie papierosa szepcąc "Vaya con dios, you son of a bitch!" niczym, nie przymierzając, Terminator. Kamera wędruje na ścianę, a tam... plakat Kamikaze. Trochę to skróciłem, bo jeszcze była długa scena przepychanki i nie działającej zapalniczki, ale wiecie o czym mówię.
Ponieważ w filmie można by wskazać dziesiątki scen, które przeczą klasycznej logice, jestem przekonany, że powstaną grupy dyskusyjne, gdzie miłośnicy kina przerzucać się będą pomysłami jak można rozumieć poszczególne zachowania, symbole, wątki. Po co na przykład był cały prolog, po co bohater przeżywa zmiany w swoim organizmie, dlaczego bohaterka w ciąży popada w histerię przy zapalonym papierosie, skoro za oknem latają kosmici itd. Ja pozwolę sobie to już pominąć, bowiem chciałem jeszcze wspomnieć o dwóch sprawach... (ach, ten Skyline to morze pomysłów i skojarzeń).
Dystrybutor pisze: "Niezwykłe zjawisko [chodzi o światło z pierwszej sceny] to zaledwie początek kosmicznej inwazji, której rozmiarów nikt nie był w stanie przewidzieć [w przeciwieństwie do innych inwazji kosmitów, których rozmiary łatwo przewidzieć nawet dzieciom]. Tysiące ogromnych i niezniszczalnych [chyba że pustakiem] stworzeń mają tylko jeden cel – [szkoda, że dystrybutor spoiluje, a nawet przegania myślą scenarzystów, którzy chyba tego jeszcze nie rozstrzygnęli] wyeliminować życie na ziemi. Ocalałym nie pozostaje nic innego jak walka o życie swoje, swoich przyjaciół, a nawet całej planety [No niby nie pozostaje im nic innego, ale postanawiają jednak tego nie próbować, pozostają przy próbie ucieczki]." Ten opis świadczy o dwóch możliwych interpretacjach - albo dystrybutor filmu nie obejrzał, czemu trudno się było by dziwić, albo obejrzał i nabawił się silnego stanu utraty zdrowego rozsądku.
Powiem wam, ze ten film tak mnie poruszył, że postanowiłem posłuchać fragmentu komentarza reżyserskiego, bowiem moje DVD było w niego wzbogacone (było, bo już zdążył je dopaść pies). Zapuściłem sobie komentarz do ostatniej sceny i powiem, że również mnie ubawił. Nie jestem w stanie w całości powtórzyć, ale dyskutujący ze sobą reżyserzy (bo w końcu mogli sobie pogadać) mówili w ten deseń:
"- O!, a tu jest ta scena z potworami które wyrywają ludziom mózgi. Wszystkie mózgi świecą na niebiesko, a mózg Jarreda na czerwono.
(...)
- a potem jest ten potwór, który wyrywa kobiecie płód.
- dla mnie to już za mocne, ten potwór nienawidzi kobiet w ciąży.
- rozmawiałeś o tym ze swoją żoną?
- nie."
itd.

KubaTuba
Cieszę się, że nie tylko ja zauważyłem podobieństwo jednego z potworów do kobiecych części intymnych ;)
I tak udało Ci się stosunkowo pochlebnie ocenić ten film; ja nie mogłem się przekonać nawet do efektów specjalnych. Rzeczywiście, fakt, że "wszyscy giną" jest zaskakujący (choć kolor skóry pierwszej "głównej" postaci wessanej przez kosmitów już niezupełnie ;)), natomiast sam finał... nie wierzę, że nie znalazł się nikt na planie filmowym, kto posiadałby resztki zdrowego rozsądku i zaprotestował przeciwko zamachowi na resztki szacunku do własnej produkcji.
lapsus
"Cieszę się, że nie tylko ja zauważyłem podobieństwo jednego z potworów do kobiecych części intymnych
I to jest mój podstawowy problem z tym filmem, bo nie wiem, czy waginopodobne ufoki są feministyczne (czyżby autorzy jakże subtelnie przemycili tezę, że ufoczki rządzą we wszechświecie?), czy jest dokładnie na odwrót, biorąc pod uwagę, że ufo-wagina normalnie łyka wszystko, co się rusza :/
habdank
Nie wiemy, czy kosmici, przybierając tyle różnych form, nie kierowali się przypadkiem naszym wyobrażeniem o nich. Być może, formując Godzillę, gigant-oktopusa, gigant-meduzę, i ostatecznie gigant-waginę, wyssali po prostu z ludzkich (męskich) mózgów to, co najbardziej nas przeraża? Przy okazji chcieli uzyskać wzmocnienie efektu hipnotycznego dla niebieskiego światełka...
lapsus
Coś jakby z Lema. No proszę, Skyline to jednak ambitna pozycja ;P
Aquilla
Jeśli wyssali z męskich mozgów to, co Was przeraża, to dlaczego żaden z obcych jak dotąd nie przybrał formy patelni albo wałka do ciasta? :P
doktor_pueblo
Chyba w Panu Kleksie w kosmosie było coś w tym stylu. Były jakieś statki strzelające makaronem, o ile moje traumatyczne wspomnienia mnie nie mylą ;)
inheracil
Makaron był w "Podróżach Pana Kleksa", z finałową sceną makaronowego ostrzału ;)
lapsus
@Aquilla Tak - patelnia była u Lema.
habdank
Bo patelnia i wałek do ciasta są przerażające głównie wtedy, gdy się wraca po pijaku do domu, ale z kolei wtedy świadomość i pamięć działają w zupełnie innej płaszczyźnie. Od dawna wiadomo, że jeśli ludzkość (Ziemia w ogóle) jest w jakimś aspekcie na prawdę unikatowa w stosunku do reszty wszechświata, to zapewne jest to umiejętność stosowania alkoholu (a może w ogóle posiadanie takiej substancji?) w roli depresanta spowalniającego aktywność ośrodkowego układu nerwowego. W takim razie kosmici maja małą szansę odgadnięcia w jaki sposób należy odczytywać wspomnienia i wyobrażenia zapisane w mózgu w warunkach upojenia alkoholowego, dzięki czemu nasze pijackie lęki są dla nich absolutnie nieosiągalne.
umbrin
Tak długa notka na temat takiego filmu to chyba zaszczyt dla twórców;)
habdank
U mnie to normalne. Im mniej jest w filmie, tym więcej zostaje dla mnie. Filmy doskonałe nie pozostawiają już nic do dodania ;) Oczywiście istnieje też pewna dolna granica, poniżej której nie chce się w ogóle odzywać.
siedem
Racja umbrin; jak wiele już się napisało i pisze o tym filmie. D
doktor_pueblo
Bo najmniej do napisania jest o filmach średnich, a bardzo dobre i bardzo złe dają duże pole popisu. Skyline jest z grupy tak głupich., że aż śmiesznych.
siedem
Tak, to prawda. Czy klimat Skyline głupotą i śmiesznością przebija scenę wysysania mózgu przez robala-mózgowca w Kosmicznej Kawalerii (część 1) sprzed lat?
habdank
Kawalerii nikt mi nie ofiarował.
siedem
Habdank, to kup w najbliższym kiosku D. W sumie warto zobaczyć ten film; (tylko ta makabryczna scena wysysania mózgu :( )).
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook